Konkurs literacki

Regulamin


 



Zwycięzca:

   

Zojka postanowiła. Tłumoczki czekały przygotowane. A skoro tak, nie było odwrotu.
Rankiem oznajmianym pokrzykiwaniami i brzękiem naczyń, weszła do kuchni.
- Idę do swoich - powiedziała. - Jeszcze dziś.
Przez moment nikt nie zwracał na nią uwagi. Dla domowników od dawna była niewidzialna - drobna, zamknięta w kokonie starości, bezgłośna. Niby żywa, ale już trochę jak duch, przemykała niezauważona między ich spojrzeniami.
Teraz wyglądała inaczej. Zdecydowanie sprawiło, że jakby urosła, napęczniała i stała się bardziej materialna. Już nie można było jej nie widzieć.
- Do „swoich”? A my są obcy? - zapytała córka.
- Ten Alzheimer pewnie coś babcie nagadał - drwił zięć. - Zaczęło się. Teraz będą cyrki...
Zojka udała, że nie słyszy. A może rzeczywiście nie słyszała. Patrzyła w jeden punkt, który zdawał się być daleko. W innym domu, w innej wsi, w innym czasie.
- Umrę, niedługo. Chcę do swoich. Tęskno mi.
- Mamo - zaczęła córka łagodnie - tu jest twój dom, tu są swoi. Tamtego nie ma. Nie wiadomo czy w ogóle było. Tyle lat mama tu żyje i co, nie jest u swoich? Bzdury jakieś, fanaberie
- warknęła mając nadzieję, że zamknie starej usta.
Zojka faktycznie umilkła. Nie dlatego jednak, że krzyk ją wystraszył. Uznała, że słowa nic nie zmienią. Nie ma takiego języka, w którym mogliby ją zrozumieć.
Ale gdyby taki istniał, powiedziałaby, że kości muszą spocząć w glebie, która je zrodziła i która już dawno przytuliła tych, co byli Zojce najbliżsi. Miała dla nich podarki na powitanie - kwiecistą spódnicę dla mamy, koszulę dla taty. Tak licho ich poubierali do trumny! W nowych będą wyglądali jak pany.
Powiedziałaby jeszcze, że nie chce leżeć tu, gdzie przygnali ją jako wojenny łup. W ziemi, którą Zojka przeklinała i nienawidziła. Na wieczność wśród tych, co lżyli, pluli, dla których była tylko pożałowania godną sierotą, bez korzeni i wspomnień.
Bo Zojka dobrze wiedziała, że nie jest znikąd.
Trzymając się tego jak ostatniej deski ratunku, ruszyła w długą drogę do domu.


Wyróżnienia:

 

Jest taka kamienica, jedna z nielicznych, które przypominają o mieście sprzed zagłady.
Zepchnięta w cień szklanych wieżowców i bezosobowych chronionych osiedli. Przeszła do historii jako kamienica dr. Józefa Davidsona i inż. Chaskiela Kadyńskiego. Kim byli ci panowie?
Czy dożyli czasów, w których ich pochodzenie stanowiło wyrok śmierci? Nie wiadomo.
Rozpłynęli się wśród zbyt wielu trudnych wspomnień, które dźwigała powojenna Warszawa.
Pozostali dwoma nazwiskami w miejskich księgach.
Jeśli ich duchy pałętają się czasem po kamienicy, mają tyle przyzwoitości, by nie straszyć jej lokatorów. Na pewno nie straszyły mojej prababci Marianny. Ale ona przeżyła zbyt dużo prawdziwego strachu, by mogły na niej zrobić wrażenie jakieś tam duchy.
Czasem wyruszam na pielgrzymkę jej szlakiem – Alejami Jerozolimskimi, Grójecką, aż do Zieleniaka. Jak wielotysięczny tłum zwykłych ludzi w 1944 roku. Warszawa nie była bowiem miastem walczących poetów i ofiarnych sanitariuszek. Była miastem jak każde inne.
Miastem bazarowych handlarzy, krawców,
hydraulików, matek z dziećmi i starców, którzy chcieli robić zwykłe rzeczy – gotować zupy, przybijać gwoździe, czytać romanse. Ginęli anonimowo, odchodzili w niepamięć, nie czwórkami do nieba, a setkami prosto do piekła.
Gdy miałam kilkanaście lat pewien młody ksiądz powiedział mi, że pieśni patriotyczne powinni śpiewać panowie, bo to bardziej pasuje.
„Kto walczył pod Monte Cassino – dziadek, czy babcia z karabinem latała”? - pytał zadowolony z siebie. Tak, o prababci Mariannie nikt nie śpiewał pieśni. Ona tylko ratowała córki przed pijanymi gwałcicielami z Zieleniaka, chroniła przed wszami w wagonach towarowych, zdobywała jedzenie, by nie umarły z głodu w obozach koncentracyjnych. W zimnych korytarzach kopalni robiła części do bomb lotniczych. A gdy wojna się skończyła, wróciła do zburzonej Warszawy, do kamienicy w Alejach Jerozolimskich, by w mieszkaniu na ostatnim piętrze mogły wychowywać się kolejne pokolenia naszej rodziny.

Nie było życie dla niego łaskawe, ale też nieszczególnie o łaskę tę prosił.
- By przywiózł tych wnuczków, by po trawie polatali, a podwórko tak zarosło, wziąłby i skosił.
Siorbnął dębowego prosto z puszki, usta otarł wierzchem dłoni. Pół życia musiał chować, a teraz jak panisko. Jak chce z puszki, to napije się z puszki. I nie będzie mu ta dziwka rządzić. Tyle lat tych nerwów poszarpanych o jedno piwo czy dwa. Ale wybaczyłby jej, gdyby tylko zadzwoniła, przyjechała. Chałupę trzeba wytapetować.
Pociągnął kolejny długi łyk, odstawił
puszkę na własnoręcznie wykonany stolik.
Kiedyś, zanim pojechał do miasta za lepszym życiem, zanim się tym życiem upił, zanim to życie całkowicie przepił, potrafił zrobić z drewna wszystko. I stoły, i ławy, i krzesła. A teraz ręce już nie te i wzrok nie najlepszy.
Westchnął. Majowe słońce ogrzewało jego
pomarszczone, poorane bliznami ciało. Próbował się przeciągnąć, ale zakłuło go w mostku.
Tak się na niego ta Kosa czai! Rakiem go chciała załatwić, potem zawałem. Ale on nie taki pierwszy lepszy, żeby się tak od razu Kosie kłaniać!
- Rychu Zakapior! - uśmiechnął się pod nosem, ale natychmiast zmarkotniał.
Chwilę wodził wzrokiem po podwórzu. Ojcowizna.
Drewniana chałupa pod eternitem. Stodoła z dziurawym dachem. Kilka drzewek z owocami małymi, aż wstyd. 
- Głupi wariat święty Józef! - krzyknął, ale zmęczony, chrapliwy głos pozbawiony był dziecięcej buty. Teraz już by tak ojca nie nazwał. Gdyby mógł cofnąć czas! Byłby, na pewno byłby przy starym, kiedy mu z płuc uciekał ostatni oddech! Zakasłał, próbował odkrztusić łzy zbierające się w gardle.
Przepił kolejnym łykiem piwa. Zimny płyn utopił w żołądku żal.
Wstał, jęknął. Powoli nałożył na siebie
koszulę, białą w cieniutkie brązowe paski.
Została po ojcu, tak jak drelichowe spodnie i czarny garnitur. Mole nie zjadły.

- Nie jesteśmy znikąd. I trzymajmy się tego jak ostatniej deski ratunku – To zdanie towarzyszyło jej przez całe życie. Admirał Joanna Bielecka złożyła kartkę na pół i zakończyła przemówienie. To ona dowodziła misją kolonizacyjną na planetę Proxima Centauri b – najbliższą Ziemi planetę, na której można było zamieszkać. Być może to była ich jedyna szansa.
Oczy nielicznej załogi wyrażały niepokój, ale wiedziała, że patrzą na nią miliony tych, którzy wkrótce mieli wyruszyć w nieznane.
Ziemia umierała. Ludzkość wyeksploatowała ją do cna, a kiedy stało się jasne, że przyszłość gatunku jest zagrożona, zaczęto szukać alternatywy. Przed końcem XXI wieku misja Arca Humanis była gotowa do wyruszenia w przestrzeń kosmiczną. Czterysta okrętów Ziemskiej Floty Kosmicznej, wśród których znajdowały się zarówno te mniejsze, jak okręt dowodzenia „Warszawa”, jak i wielkie transportowce noszące nazwy największych miast świata. W ich ładowniach znajdowało się niemal całe dziedzictwo ludzkości – kilkadziesiąt milionów komór do hibernacji, bank zarodków roślin i zwierząt, zabytki kultury i sztuki – od rękopisów Szekspira po zdemontowaną Wieżę Eiffla.
Ilekroć admirał Bielecka myślała o ładunku, który Arca Humanis ma ze sobą ponieść, odczuwała gorycz. Pamiętała dziesiątki narad, podczas których sprzeczano się o to, co powinno znaleźć się na pokładach okrętów.
Wiedziała, że za każdy ładunek, poświęcano wiele ludzkich istnień, jednak nie można było zabrać wszystkiego. Wciąż tliła się w niej nadzieja, że po dostarczeniu ładunku zdołają wrócić po tych, którzy zostali na Ziemi. O ile zdążą.
- Nie jesteśmy znikąd – powtórzyła cicho, gdy transmisja została zakończona. Wciąż głęboko wierzyła w to, że dziedzictwo to nie tylko dzieła sztuki, cuda techniki i zabytki cywilizacji. Dziedzictwem byli ludzie. To bez nich Wieża Eiffla była tylko stertą żelastwa, a piramidy kupą równo ociosanych kamieni.
Zadrżała, gdy rozpoczęto procedurę startową.
Niech Bóg - jeśli jest jakiś Bóg - ma ich w opiece.

Na Ziemi jest Polska, w Polsce Warszawa, w Warszawie Ursynów. Na Ursynowie stoi sklep, pod nim są schodki, a jeszcze pod nimi – śmietnik.
Taki ciężki, betonowy. I na tym śmietniku siadał on.
Jeśli istnieją bezdomni z wyboru, to on takim był. W każdym razie chyba mu to służyło.
Siedział z nogą na nogę i wystawiał twarz do słońca. Bułki, które dostawał, kruszył gołębiom, a one śmigały nad nim szaloną kulą jak nad głową wytrawnego hodowcy.
Oczywiście, że miał brodę, lecz była to broda celowa. Może robił ją ten chłopak, co strzyże ubogich. A do tego – trudno to nazwać inaczej – stylizacje. A to nowoczesna warsiaska, kaszkiecik, koszula, mokasyny. Czasem młodzieżowa, czapka z szerokim daszkiem, sportowa bluza, pękate najki. Dodajmy, że miał z sześćdziesiątkę, ale naprawdę nie wyglądał głupio.
Przez większość dnia z kimś gawędził: z
hiphopowcami z knajpy obok, z eleganckim facetem z czarnego samochodu, z gospodynią okolicznych bloków. Był tu osobistością, gwiazdą niemalże. Podobno ktoś kupił mu szkolne kredki i w zamian dostał niesamowity obraz. Nietrudno w to uwierzyć.
I kiedy trwał w słoneczku jak wyluzowany, chudy Budda, myślało się: cóż to za zaszczyt dla tych schodków i tego śmietnika, że wybrał sobie właśnie je.
Aż po którejś ostrej zimie zabrakło go. Nie siedział. Śmietnik zaczął się napełniać, tektura, którą pozostawił jesienią, zmiękła, jakby się stopiła. Przebiegający obok myśleli – czyżby i on… Ale nie. W końcu się pojawił. On czy nie on?
Broda ta sama, reszta bura. Oczy mu jakby zmalały, nie było widać za nimi nikogo. No i ten nos! Przetrącony tak okrutnie, że czubkiem dotykał lewego policzka. Kto go tak załatwił i za co? Pijacy? Zazdrośnicy? Może to ulica we własnej osobie dała mu w twarz?
Słoneczny Budda zrobił się szary i skulony.
Śmierdział. Po alkoholu włóczył się
schludnymi uliczkami, rycząc jak zwierzę. Surowe starsze panie oglądały się za nim ze zmarszczonymi brwiami.
Nie wiem, czy wciąż żyje. Po co miałby?
A tak mocno trzymał się tego, kim był.

Nie jesteśmy znikąd i trzymajmy się tego jak ostatniej deski ratunku. A gdy ktoś nam spod ciała tę deskę brutalnie wyrwie, gdy drzazgi powbijają się jak szpile w obolałe ciało, osuńmy się w dół mrocznej przepaści. Z rozdzierającym krzykiem wyrżnijmy o dno, by już nie wydobyć z siebie żadnego innego dźwięku.
Konajmy potem cicho, w bezgłośnej, ze wszech miar żałosnej agonii. Tak cicho, żeby nie przeszkadzać tym na górze. Tym, którzy jeszcze dryfują na swoich deskach tożsamości. 

To ja. Mówię do was z dołu. Może słychać mój głos, obijający się o ściany głębokiej pułapki. Wsłuchajcie się w to echo, bo ja kiedyś nie chciałem słuchać. Leżę tu poniżony, bo okazałem się kundlem. Ja, który decydowałem przed laty o czyjejś polskości, obudziłem się pewnego dnia z jedną brwią, choć jeszcze wieczorem miałem dwie. Nos urósł mi, nie z powodu kłamstw, a z powodu genów. Tych samych, które dały mi brązowe oczy i czarne włosy.

O to, o co wczorajszy ja pytał niegdyś z pogardą, musiałem pytać tych, co mnie zrodzili.
Matka moja i ojciec nie wiedzieli skąd i dlaczego. I nie przejmowali się tym, że chcę być prawdziwie Polakiem. Że nie urządza mnie informacja w paszporcie, że chcę mieć polskość wypisaną na czole. A jeśli się nie da, to chciałbym mieć wypisane na czole cokolwiek, bo tylko w to wierzyłem, bo tylko w to wierzyli ci wszyscy, za którymi podążałem. Za którymi człapałem z płonącą racą w lewej dłoni i z biało-czerwoną flagą w prawej. Za których lałem po mordach i za których po mordzie obrywałem. Gdy wygląd mój odebrał mi tożsamość, a genealogia nie dała mi drugiej, upierając się przy pierwszej, została mi tylko negacja. Ale na nią okazałem się zbyt słaby.

Dałem więc sobie wbić drzazgi i dałem sobie nimi przebić serce. I teraz kwilę, leżę pokonany. A życie mi rozjaśnia świadomość, którą zyskałem. Że to wielkie kłamstwo nie tylko mnie zwiodło i wielu jeszcze zwiedzie.